151
Biskupi, kardynałowie i kapłani nie dają lepszego przykładu niż ten, dany przez ich podwładnych. Czyż oni żyją w prostocie, którą Chrystus praktykował w swoich posiłkach i przy swoim stole? Jak Ewangelia mówi, Jezus Chrystus rzeczywiście brał udział w przyjęciach zaproszony przez tego czy owego, lecz na tych przyjęciach nie jadał wiele. A jeśli nieco jadł na tych przyjęciach, to wielokrotnie trzeba podkreślić, wolał cierpieć głód. Święta Rodzina i Apostołowie też wiele pościli. Inaczej nie otrzymaliby tych wszystkich łask, którymi zostali obdarzeni. Właściwie Jezus nie potrzebował zdobywać łask, bo Sam był dawcą łask, ale chciał dać dobry przykład Swoim Apostołom, ale także oczywiście wszystkim kardynałom, biskupom i kapłanom wszystkich wieków. Ale, po co, skoro dzisiaj kardynałowie, biskupi i kapłani są przy stole w luksusowym otoczeniu i raczą się wykwintnymi potrawami.
Oni nawet niszczą sobie zdrowie żyjąc w ten sposób, bo wyobrażają sobie, że tak przystoi ich pozycji biskupa, kardynała czy prawnika. Biedne kucharki, które myślą, że kiedy służą u biskupów czy u osobistości, powinny do stołu podawać skomplikowane dania. One sobie wyobrażają, biedne, że byłby dla nich dyshonor, nie zastawiać stołu tymi wszystkimi daniami. Zapominają jednak, że w ten sposób nie pomagają biskupom w naśladowaniu Chrystusa, ani kapłanom. Byłoby lepiej, gdyby te kucharki powiedzieć mogły tym osobistościom, że Chrystus żył i żył o wiele skromniej. Ci z góry {wskazuje do góry) są za tym, aby naśladowanie Chrystusa było szanowane, a to co się teraz dzieje jest wręcz przeciwne naśladowaniu Chrystusa. Wyrafinowanie żyje się w luksusach, w obfitości, aż do zbytku, do grzechu nawet. Często grzech zaczyna się od stołu. Już się zaczyna grzeszyć, kiedy mając obowiązek do pewnego ascetyzmu, odrzuca się go. Brak ducha ofiary nie jest jeszcze grzechem, ale są to drzwi otwarte, przez które grzech wejść może. Brak ascetyzmu powoli prowadzi do grzechu, między nim a grzechem odległość tylko skórki cebuli. Jeśli kapłan nauki Kościoła nie przestrzega, to my przychodzimy, ciągniemy go za jego szatę, żeby ściągnąć go na nasze ścieżki. Przez chwilę, to tylko skraj szaty który ciągniemy, ale z nadzieją ściągnięcia całego habitu. Przez dłuższy czas miałem dobry zamiar stania się dobrym kapłanem, lecz zauważyć należy, że kapłani są przez nas o wiele więcej atakowani niż świeccy. Oczywiście świeccy są też w niebezpieczeństwie, zwłaszcza ci, którzy starają się być sprawiedliwymi oraz ci, którzy mają jakieś specjalne zadanie do wykonania. Ponieważ jednak kapłan ma bardzo wielką moc błogosławieństwa, wolimy atakować kapłana, wpierw jego. Co do mnie, to przypominam sobie, że byłem kapłanem i z początku wykonywałem moje kapłaństwo poważnie. I później, z czasem, wydawało mi się monotonne i zapominając modlitwę zapomniałem też o celibacie. Zaniechałem modlitwę początkowo, ponieważ uważałem, że jestem bardzo zajęty, a później w innych dniach, wracałem do niej a potem, w końcu całkiem ją zarzuciłem. Uważałem, że modlitwy brewiarzowe są nudne, niepotrzebne, w końcu straciłem chęć do modlitwy. Kiedy odrzuciłem brewiarz wpadłem w grzech nieczystości i od tej chwili nie miałem już ochoty do odprawiania Mszy Świętej. To było ogniwo łańcucha reakcji. Kiedy wpadłem w nieczystość, Mszy Świętej nie odprawiałem z nabożeństwem, bo nie byłem w stanie łaski. W tym stanie, lektura Pisma Świętego i Ewangelii w szczególności, a także widok przykazań Boskich, stały się dla mnie wyrzutem. To było dla mnie ostrzeżeniem, ale ponieważ nie przyjąłem go, postanowiłem dzieci nie nauczać tak, jak to powinienem czynić. Jakże nauczać mogłem je dobra skoro sam go nie praktykowałem? Ale ci, którzy dziś nazywają się humanistami i modernistami, dobrze wiedzą o tym, tak samo jak ja. Jakże mogą ludziom świeckim i dzieciom narzucać sprawy, w które nie wierzą i których sami nie praktykują? Jakże mogliby dopuścić, aby nauczali tak jak powinni wiedząc, że to nauczanie nie odpowiada ich wewnętrznemu przekonaniu i więc to mówiąc, mówiliby okropne kłamstwa? U wielu z czasem serce stało się otchłanią śmierci. Jest ich o wiele więcej niż się myśli, którzy znajdują się w takim stanie. To są zgniłe jabłka, czy zgniłe jabłko wydawać może przyjemny zapach?152
Nie ma
kapłana, który starałby się być cnotliwy, który mógłby poruszyć dusze i dać im
to czego potrzebują. Gdyby kapłani dawali przykład cnoty, zwłaszcza dla
młodych, mielibyśmy świat całkowicie inny od tego, który znamy. Świat
mielibyście tysiąc razy lepszy od tego, jaki macie teraz. Jakże chcecie
rozszerzać dobro, jeśli nie macie go w sobie? Jak mówić o Duchu Świętym, jeśli
sam jestem szczęśliwy, że Go nie słucham? Jak pokazać drogę do naśladowania,
kiedy ja sam ją opuściłem? Jest to wielka tragedia i głębsza niż to sobie
możecie wyobrazić. Tragedią jest, że z chwilą, gdy kapłan opuszcza drogę cnoty
jest skłonny inne dusze pociągnąć ze sobą. To się zaczyna od ofiary Mszy
Świętej, którą od początku do końca celebruje się bez zamiłowania. W
konsekwencji dla siebie samego nie ma korzyści. We wszystkich przypadkach, dla
mnie było tak samo, poczułem odrazę do Mszy i jej świętych tekstów, które dla
tego, kto prowadzi się źle, są stałym wyrzutem. Co do mnie, jak i dla tysięcy
innych kapłanów, było przynajmniej Przeistoczenie, to co pozwala wiernym na
uczestniczenie rzeczywiste we Mszy Św. ponieważ ci ludzie nie mogą znać głębin
serca kapłana; lecz biada kapłanom, którzy już nie mówią to co powinni przy
odprawianiu Mszy i którzy jej nie przeżywają. Biada temu, kto prowadzi wiernych
na drogę błędu. Lepiej uczyniliby tacy kapłani, gdyby z ambony, publicznie
krzyczeli “Zgrzeszyłem", nie jestem już zdolny do praktykowania cnót.
Módlcie się za mnie, abym mógł się nawrócić i od nowa postępować na drodze
cnoty." To byłoby o wiele lepiej mówić podobnie, a my demony nie
mielibyśmy tej mocy do panowania nad tymi kapłanami, ponieważ oni uczyniliby
akt pokuty. Nawet gdyby niektórzy mieli pogardę dla kapłana, któryby tak mówił,
większość tych, którzy by go słyszeli zbudowani byliby jego pokorą i mogliby mu
pomóc w nawróceniu. Większość wiernych miałaby szacunek dla kapłana, który by
się wyrażał w ten sposób: byłoby to o wiele lepsze, niż pozostawać na drodze
kłamstwa i hipokryzji. Na co ma służyć celebrowanie Mszy twarzą do ludzi i
mówienie do nich: "Zbliżcie się! Bóg wam przebacza wszystkie wasze
grzechy, On was rozumie. Zbliżcie się do Ojca Światłości; a jeśli jesteście w
ciemnościach, On was znowu przywróci do łaski". Wszyscy ci zapominają to,
że powinni wpierw uczynić niektóre sprawy, aby Ojciec wziął was w końcu w swe
ramiona i obdarzył was swą łaską. To prawda, że Ojciec bierze swe dzieci w
ramiona, lecz wpierw trzeba żalu i postanowienia zmiany kierunku życia. Trzeba
zejść z drogi, która prowadzi na zatracenie. Kapłan powinien myśleć: Wpierw
zacząć muszę od siebie, to byłby sposób, aby stać się wzorem dla każdego i móc
całej wspólnocie głosić naukę Ducha Świętego i Jezusa Chrystusa. Taka byłaby
także misja, którą Najwyższy sobie ceni, a którą powinienem głosić i wypełniać
przed ludem. Mówi się zbyt wiele o miłości bliźniego, zapominając, że ta miłość
jest wynikiem miłości Boga. Jakże można mówić o miłości bliźniego, o wzajemnym
zbliżeniu jednych ku drugim, jeśli zapomina się o głównym: “Będziesz miłował
Pana Boga twego z całego serca twego, z całej duszy twojej i ze wszystkich sił
twoich"? Przepis miłości bliźniego przychodzi dopiero na drugim miejscu.
Jeśli kapłan wpierw zawrze pokój z Tymi u góry (wskazuje do góry) miłość
bliźniego zjawi się natychmiast. Masońską maskaradą jest mówić: trzeba się
wzajemnie miłować, wzajemnie sobie pomagać, popierać się wzajemnie". Lecz
gdzie to wszystko się kończy? Nawet, gdy się mówi o miłosierdziu, albo o
przebaczaniu, albo o pomaganiu sobie, zobaczcie rezultat, niech będzie to
liczba obecnych samobójstw.
To prawda,
że jest przykazanie miłości bliźniego jak siebie samego, ale to przychodzi
dopiero po uczczeniu i uwielbianiu Boga. Trzeba zacząć od początku tego
przykazania, i wpierw kochać Boga, co za sobą pociąga miłość bliźniego. W
pierwszej części zawarte jest całe przykazanie. Gdyby Boga kochano naprawdę nie
mówiono by ciągle o miłości bliźniego, o popieraniu go, o pomaganiu mu,
czyniono by to. Lecz nic podobnego się nie dzieje. Gada się cały czas, w
salkach parafialnych, na konferencjach biskupów, a nawet w Rzymie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz