23
Od mej pierwszej Komunii św. chodziłam prawie codziennie na Mszę św. i do Komunii świętej. Czułam jednak, że otrzymałam mniej łaski, kiedy byłam na Mszy św. lekkomyślna, albo mniej się modliłam. Kiedy miałam 13 lat musiałam na moje pojęcie wycierpieć więcej albo mniej z powodu ataku, dokuczania innych dzieci. Szeptały one, że jestem pobożnisia i chcę na pewno iść do klasztoru. Byłam bardzo zawstydzona, moja babka jednak powiedziała mi na to: — “Ach, nie patrz na inne dzieci, one nie potrafią lepiej. Chodzi o to, jak ty wyglądasz wobec Boga". Na skutek tego starałam się zapomnieć docinków towarzyszy zabaw i szkolnych, oni jednak bardzo mi dokuczali. Chętnie chodziłam do kościoła i kiedy chór kościelny śpiewał na sumie, a ołtarze ozdobione były kwiatami i zapach kadzideł rozchodził się po kościele, miałam uczucie, że my wszyscy, którzy znajdujemy się w kościele, jesteśmy bliżej Nieba.
Rozpoczęła się noc.
Pewien czas po śmierci babki nastał dla mnie okres ciężkiej walki i
niepewności. Duszę moją opanowały nagle strachy i skrupuły, których dotychczas
nie znałam. Nie trwało to tylko krótki czas, lecz cierpienie wżerało się we
mnie w zastraszający sposób coraz głębiej. Nie byłam już sama sobą, to znaczy
moje nastawienie do Boga i moje podstawowe zasady pozostały wprawdzie te same,
ale cały mój świat uczuć popadł w niepewność i opanowało mnie zamieszanie.
Odczuwałam tylko jakby przez mgłę, byłam w apatii. Nie czułam entuzjazmu do życia,
modlitwy itd., ciężar i cierpienie odczuwałam natomiast nadzwyczaj silnie, tak,
że często byłam załamana. Myśli moje często się zmieniały. Opanowały mnie
wątpliwości, na które nie miałam odpowiedzi, ani światła. Co jednak było
najgorsze, to, że nie mogłam się tych myśli wyzbyć. Wszystko było we mnie jakby
przytępione i zgaszone. Pewnego dnia — myślę że było to w dniu Wszystkich
Świętych 1952 r. (miałam więc 15 lat) powiedziałam bardzo zasmucona do matki:
Mamo mam uczucie jakbym była pod ciężką hipnozą, jakbym była zaczarowana; jakby
coś na mnie ciążyło. Ona powiedziała mi kilka słów pociechy i dodała, że wnet
przyjdę do równowagi. Muszę się tylko temu nie poddawać i szukać radości. Ale
to było właśnie najgorsze, że jej nie mogłam znaleźć, pomimo, że szukałam jej z
całych sił. Co dotyczy woli, to dałabym za to wszystko, gdybym mogła znowu
znaleźć moją poprzednią wolność. Nie leżało to jednak w mej mocy. — Moja bojaźń
zwiększała się i nie mogłam już wytrzymać, już sama w swojej sypialni, tak, że
ojciec zmienił pokój i ja mogłam spać z matką. Jakkolwiek matka była
bezpośrednio koło mnie, dusiło mnie coś ze strachu i przerażenia, za gardło.
Serce biło mi bardzo mocno i opanowało mnie głębokie jak przepaść przerażenie,
że mogłam zaledwie jeszcze mówić. Bojaźń i udręczenia opanowały mnie
całkowicie, a godzina ciągła mi się jak wieczność. Nie zważając na to, miałam
jednak uczucie, że Bóg tego chce, bym przyjęła to cierpienie dla ratunku dusz.
Starałam się zgodzić na to. — W tej nocy życia zdarzyło się jeszcze poza tym
coś dziwnego, co skłoniło mnie do przyjęcia tego cierpienia. Kiedy mówię: —
przyjęłam, to chciałabym prawie powiedzieć, że stało się to w owej nocy, kiedy
dałam moje słowo: “Tak". Później chciałam się wielokrotnie od tej męki
uwolnić i błagałam często Niebo, aby mi udzieliło znowu snu i duchowego
zdrowia. Ale nie zostało mi to udzielone, przynajmniej przez bardzo długi czas.
To był jednak dopiero początek, całkowitej bezsenności i było lżej to przyjąć,
jak tego Bóg Chciał. Później okazało się jednak, że wśród tych ciemności
chwiałam się i gięłam, a nigdzie nie znajdowałam wyjścia. Udręczenie było moim
chlebem powszednim dniem i nocą, a nie było nikogo, kto by mi mógł pomóc. Moja
matka chrzestna wzięła mnie do lekarza, dokąd trzeba było iść godzinami. Ten powiedział,
że mam zapalenie nerek i błony i mocno zaatakowany system nerwowy. Przepisał mi
lekarstwa, ale to nic nie pomogło i było coraz to gorzej. Po pewnym czasie
odesłał mnie lekarz do szpitala.
W ten sposób
biedne dziecko, było już od 14 roku życia, było bardzo dręczone. Jako pomoc
domowa, przeżyła następne lata z przerwami bezowocnego leczenia i przebywania w
szpitalu.
24
Z wielkim
bólem, na polecenie lekarza, musiała dać wyrwać swe piękne zęby, który uważał,
że one są winne jej cierpień. Nic się jednak w jej stanie nie zmieniło, oprócz
tego, że kobieta ta cierpiała jeszcze dodatkowo.
MATKA RODZINY
Opatrzność
zesłała jej później uczciwego, ale biednego męża. Tego poślubiła w 1962 r.
pomimo początkowego oporu ze strony swych najbliższych. 40-letnia (1977 r.)
dzisiaj kobieta urodziła czworo dzieci, które bardzo kocha. Stan brzemienności,
ani wydanie na świat dzieci nic nie zmieniły jej wewnętrznego stanu, jej
wewnętrznych cierpień i udręczeń, nie doznała przez to, żadnej ulgi w swych
niewytłumaczalnych cierpieniach. Przeciwnie, stała się dodatkowo osłabioną,
musiała się znowu udać do kliniki i sanatoriów, a w końcu przez specjalistów
została wysłana do światowej sławy kliniki i tam uznana została, jako
psychicznie normalna z adnotacją, że jej stan nie da się wyjaśnić z punktu
widzenia medycyny. Ani zastrzyki, ani elektroterapia, nie pomogły, owszem
zwiększyły jej cierpienia. Około r. 1972 przyszło krótkie polepszenie. Pisze
ona o tym w ten sposób: Stwierdzono, przypadkiem, że cierpię na całkowity brak fosforu.
— Na wzmocnienie polecono jej lekarstwo i rzeczywiście nastąpiła poprawa w
ogólnym stanie jej zdrowia. Jak dalece naprawdę zawdzięczała to fosforowi i jak
dalece było to dopuszczeniem Bożym, że wreszcie znalazłam ulgę, o tym nie wiem.
Chociaż nie mogłam spać we właściwym tego słowa znaczeniu, to mogłam jednak
podrzemać w takim półśnie. Stany strachu, bojaźni, lęku, były coraz rzadsze,
tak, że mogłam się znowu śmiać i mogłam się zająć gospodarstwem domowym, choć
trochę. Mój mąż bardzo się z tego cieszył, prawdopodobnie jednak nie było
nikomu lżej ze mną, jak mnie samej. Mogłam znowu mieć przy sobie dwoje dzieci,
co sprawiało mi nadzwyczajną radość. Chwaliłam i wielbiłam Boga i byłam Mu
bardzo wdzięczna, za to wielkie wybawienie. Nie mniej jednak widziałam, albo
też zdawało mi się że widzę, że to cierpienie było jednak łaską, chociaż było
tak ciężkie i przygniatające. Często myślałam, że On wie dobrze, dlaczego
prowadził mnie przez tą ciemność. W 1974 roku nastąpił ciężki nawrót. Siostra
moja zaprowadziła mnie do pewnego znachora, który już wielu ludziom pomógł. W
jego obecności zostałam nagle potrząśnięta za prawe ramię, pomimo, że sama (z
własnej woli) nim nie poruszyłam. Nagle wykrzyknął ten mężczyzna (znachor):
Przypuszczam, że jesteś opętana. Potem udałam się do pewnego księdza, który był
bardzo sceptycznie nastawiony, ale pomimo to przedsięwziął egzorcyzmy.
Stwierdził on później, że istnieją wszelkie znaki opętania. W uciążliwych
zaklęciach i długich modlitwach mógł wreszcie doświadczony egzorcysta osiągnąć
zdecydowany zwrot. Po wielokrotnych zaklęciach odezwały się od czasu do czasu
(mówiły od czasu do czasu} dusze potępione i szatani. Udało się nawet czasowe
ich wypędzenie, jednak po jakimś czasie powróciły z powrotem wszystkie demony.
Postarano się o to, aby biskup dał oficjalne pozwolenie na egzorcyzmy i był za
to odpowiedzialny. 8 grudnia 1975 r. otrzymało pięciu egzorcystów pozwolenie na
wielki egzorcyzm. Nastąpiły dalsze egzorcyzmy w małym kręgu, przy czym w
większości wypadków, było trzech kapłanów. Co przy tych egzorcyzmach musiały
demony wypowiedzieć na zarządzenie Matki Bożej dla ratunku dusz i dla Kościoła
znajdującego się w tak opłakanym stanie zawarte jest w pierwszej części książki
pod tytułem “Mahnung aus dem Jensaita" (Ostrzeżenie z zaświatów)
(Ostrzeżenie z tamtego świata). Ta część jest identyczna z pierwszym wydaniem.
Drugie wydanie zostało uzupełnione dalszymi egzorcyzmami. Te zostały
przeprowadzone 25 kwietnia 1977 r. w obecności Prałata Prof. Dr Jerzego
Siegmunda z Fuldy. 10, 11 i 18 czerwca (uroczystość Niepokalanego Serca Maryi),
jak też 29 czerwca 1977 r. w uroczystość św. Piotra i Pawła, jak też 13 lipca
1977 r. w obecności i pod przewodnictwem Ojca Arnolda Renza oraz innych
kapłanów i wydawcy tej książki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz